Standardowo można się do wielu rzeczy przyczepić, ale jak spróbujemy na chwilę nie skupiać się na niedokładności, lukach w obronie, marnowaniu kontrataków, a spojrzeć na sytuację bardziej z dystansu, to można dostrzec, że tworzy się nam ostatnio być może jakaś siła mentalna tej drużyny, wreszcie. W ostatnich trzech spotkaniach było pod górkę, Inter był że tak powiem
struggling with adversity - farfocel z Tutenchamem i 0-1 do 85 minuty, zwarta obrona Sampdorii, dwa odwołane gole i 0-0 do 94 minuty, w końcu farfocel Kjezy i wizja kolejnego zawodu fanów na własnym stadionie. Za każdym razem podnosiliśmy się, walczyliśmy i wywalczyliśmy - często była to walka nieperfekcyjna, pełna potknięć, ale była i była skuteczna. I nie była rozpaczliwa, tylko konsekwentna i uparta.
Dzisiaj poza standardowo kiepskim Vecino wszyscy mieli mniej lub więcej korzystnych momentów. Brozović chyba powoli powraca do najwyższej formy, chociaż jeszcze nie powrócił. Icardi się niby przebudził, ale ciągle nie do końca mi się podoba, trochę niedokładny jest. Nainggolan super szarpie, ale też więcej dokładności by mu nie zaszkodziło. Keita klasycznie robi wiatry i niewiele więcej. Graczem meczu musi zostać D'Ambrosio za akcję życia i upór w obronie - można o Włochu mówić wiele średniego, ale nie można mu odmówić, że coś takiego mu się należało za te lata solidnej, ciężkiej pracy w Interze również w najbardziej parszywych okresach.
Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale Asamoah to piłkarz który przypomina mi w dużym stopniu Zanettiego i chyba zaczyna tak być wykorzystywany na boisku (toutes proportions gardées oczywiście). Jest zdecydowanie najbardziej odpowiedzialny ze wszystkich zawodników, najbardziej dokładny, potrafi równie dobrze zachować się na boku obrony co w środku pola, raczej zabezpiecza tyły ale kiedy trzeba przejść do ofensywy to nie sterczy jak widły w gnoju. O ile liderem, przywódcą pozostaje Icardi, o tyle doświadczony Murzyn zaczyna być kimś w rodzaju opiekuna tego zespołu - i świetnie ta rola do niego pasuje.
Jako że Królowa Jesień wjechała z impetem, chciałbym się z wami na koniec podzielić moim ostatnim odkryciem, na które natrafiłem podczas poszukiwania idealnego jesiennego obrazu, który chciałbym sobie powiesić w domu. Nigdy bym nie wpadł na to, że będę chciał powiesić sobie obraz Egona Schielego, bo nie mam i przede wszystkim nie chcę się nabawić skłonności samobójczych, a jednak okazało się, że ponury wiedeński ekspresjonista bardzo soczyście, pociągająco i nawet na swój sposób ciepło oddał istotę najpiękniejszej pory roku. Sami spójrzcie: paleta podobna nieco do najsłynniejszego obrazu Muncha - gryzące, wyraziste, ekspresyjne połączenie czerwieni, oranżów, błękitów i czerni - a jednak efekt zupełnie inny, zaprawiony oczywiście pewną nieodzowną Schielemu posępnością i niepokojem, ale raczej klimatyczny niż emocjonalny.
PS Kjeza nie zesraj się leszczu