Maicon w długim wywiadzie: Inter 2010 to najpiękniejszy rozdział mojej kariery (0)
Maicon ponownie przeniósł się myślami do najpiękniejszego okresu w swojej karierze. Były reprezentant Brazylii wystąpił w programie Fenomeni przygotowanym przez Amazon Prime Video, w którym w rozmowie z Lucą Tonim przypomniał najważniejsze momenty swojej piłkarskiej drogi. Szczególne miejsce zajęły wspomnienia z czasów gry w Interze, zwieńczone zdobyciem potrójnej korony w sezonie 2009/2010.
Jak wspominasz swoje pierwsze chwile w Interze?
- To był niesamowity mecz. Kiedy wchodziłem po schodach na San Siro, trzęsły mi się nogi. Nigdy wcześniej tam nie grałem. San Siro robi ogromne wrażenie już z zewnątrz. Roma rozegrała fantastyczną, wręcz perfekcyjną pierwszą połowę. Siedziałem na ławce, a potem Mancini wpuścił mnie na boisko. Nie bałem się. Odwróciliśmy losy spotkania i to było niesamowite przeżycie. Zostałem bardzo dobrze przyjęty. Wcześniej Zanetti powiedział mi: „Spokojnie, poczekaj na swoją szansę”. To był prawdziwy kapitan.
Transfery Zlatana Ibrahimovicia i Patricka Vieiry podniosły poziom drużyny?
- Tak. Moratti miał możliwość sprowadzenia Ibrahimovicia i Vieiry, ponieważ Juventus spadł do Serie B. Massimo był dla mnie jak ojciec. To niesamowity człowiek, niezwykle prosty w obyciu, ale potrafił też być twardy. Na zawsze pozostanie w moim sercu. Nigdy się z nim nie pokłóciłem. Bardzo mi imponował.
Pierwsze Scudetto zdobyte w Sienie. Jak je pamiętasz?
- Inter od dawna nie zdobywał mistrzostwa. W lutym Moratti powiedział nam, że chce tytułu, ponieważ nie mieliśmy właściwie żadnej konkurencji. Milan tracił do nas 16 punktów, a Juventus grał w Serie B. Ostatecznie zapewniliśmy sobie mistrzostwo już w marcu. Ibrahimović był niesamowity, potrafił robić różnicę. Miał wielką osobowość, a wcześniej występował przecież w uznanych klubach, jak Juventus i Ajax.
Jak układały się twoje relacje z Roberto Mancinim?
- Dobrze, tak samo jak z pozostałymi trenerami. Nigdy nie miałem problemów z żadnym szkoleniowcem.
Jak wspominasz rywalizację z Milanem?
- Brazylijczycy z Interu często spotykali się z Brazylijczykami z Milanu. Wyjątkiem był tydzień poprzedzający derby. Pamiętam moje pierwsze derby. Wygraliśmy 4:3 i to był najpiękniejszy mecz derbowy w moim życiu. Kaka mówił mi wtedy: „Teraz zobaczysz”. Później spotkaliśmy się w reprezentacji i powiedziałem mu: „No i co? Widziałeś?”. A co do derbów zakończonych wynikiem 4:2, to po meczu pobiegłem świętować do przyjaciela, z którym założyłem się o wynik. Powiedziałem mu wcześniej, że wygramy i że strzelę gola.
Czy fundamentem potrójnej korony było zwycięstwo 4:0 nad Milanem?
- Nie, to była dopiero druga kolejka.
Co pozwoliło Interowi pokonać Barcelonę w półfinale Ligi Mistrzów?
- Piłkarze zawsze muszą wierzyć, że mogą wygrać. Mieliśmy też trenera, który zaszczepił w nas przekonanie, że jesteśmy w stanie tego dokonać. Mourinho to specyficzny szkoleniowiec. Czasami nawet nie powie ci dzień dobry, ale potrafi sprawić, że trenujesz na najwyższym poziomie. W tamtym sezonie spotkaliśmy się z Barceloną cztery razy. Zakładaliśmy, że przegramy na wyjeździe, aby zająć drugie miejsce w grupie. Mourinho wszystko dokładnie wyliczył. Awansowaliśmy dzięki zwycięstwu w Kijowie, a później pokonaliśmy Rubin Kazań. Chcieliśmy trafić na Barcelonę w półfinale.
- Nie mogliśmy jednak przewidzieć, że cała droga potoczy się właśnie w ten sposób. Mourinho powiedział nam o tym w szatni. Barcelona była najlepszą drużyną świata. W pierwszym meczu na San Siro Pedro strzelił gola na 1:0, ale spotkanie zmieniło się po trafieniu Sneijdera. Oni również się nas bali. Wesley był w znakomitej formie, a do tego mieliśmy Samuela Eto'o i Diego Milito. Między obiema drużynami istniał wzajemny szacunek. A tego, co działo się na Camp Nou, już dokładnie nie pamiętam. [śmiech]
A może jednak coś pamiętasz, na przykład wykluczenie Thiago Motty?
- Po obiedzie spacerowaliśmy po hotelu, kiedy Thiago powiedział mi, że zna piłkarzy Barcelony. Odpowiedziałem mu: „Oni ciebie też znają”. Po 25 minutach został wyrzucony z boiska, więc zapytałem go: „Co ty zrobiłeś?”. Grając w dziesięciu przeciwko jedenastu, wszyscy cofnęliśmy się do obrony. Wyglądało to tak, jakbyśmy grali ośmioma zawodnikami przeciwko dwunastu. Patrzyłeś na zegar, a sekundy mijały niesamowicie wolno. Wydawało się, że czas się zatrzymał. Po końcowym gwizdku Mourinho oszalał i przebiegł przez boisko. Nie wiem, co się wtedy stało. Później świętowaliśmy w niesamowity sposób. Trudno bylo znaleźć w szatni kogoś, kto nie miał łez w oczach.
Jak wyglądały przygotowania do finału z Bayernem Monachium?
- Mieliśmy więcej pewności siebie niż Bayern. Dodatkowo nie mógł zagrać Ribery, co było dla nas raczej szczęsliwym zbiegiem okoliczności. Nie kryję tego - ucieszyłem się, kiedy dowiedziałem się o jego zawieszeniu. Grał z ogromną szybkością, podobnie jak Robben po drugiej stronie boiska.
Co oznaczało dla ciebie zwycięstwo w Lidze Mistrzów?
- To było najważniejsze zwycięstwo w mojej karierze. Po meczu zostałem sam w szatni z piwem i dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać to, co się wydarzyło. Nasz samolot powrotny do Mediolanu miał odlecieć jako ostatni, dopiero o szóstej rano. Nie mam słów, żeby opisać tamten moment.
