Po bolesnych porażkach w europejskich pucharach piłkarski świat zawsze reaguje tak samo: instynktownie szukamy winnego. Wskazujemy palcem na trenera, konkretnego zawodnika czy błąd taktyczny. Jednak po meczu Interu z Arsenalem (1:3) takie podejście jest nie tylko powierzchowne, ale wręcz szkodliwe. Prawda o tym spotkaniu jest brutalna – to nie był jednorazowy wypadek przy pracy, ale obraz strukturalnej przepaści, która dzieli Inter od najpotężniejszych klubów Europy.
Ławka rezerwowych: Gdzie kończą się możliwości
Największa różnica między obiema drużynami nie leżała w wyjściowych jedenastkach, lecz w głębi składu. Arsenal wygrał ten mecz zawodnikami, którzy weszli z ławki. Piłkarze tacy jak Martinelli czy Gyökeres to postacie o uznanej międzynarodowej renomie, zdolni zmienić losy spotkania w każdej chwili. To oni dobili Inter, pokazując, co oznacza posiadanie „drugiego garnituru” na światowym poziomie.
W tym samym czasie Inter musiał łatać dziury rozwiązaniami doraźnymi. Diouf, rzucony na nienaturalną dla siebie pozycję z powodu braku alternatyw na prawej stronie, czy Luis Henrique, który mimo kredytu zaufania wciąż nie potrafi udźwignąć ciężaru wielkich meczów, to dowody na kadrowe niedostatki. Frattesi, tkwiący od roku w zawieszeniu między rynkiem transferowym a boiskiem, oraz Bonny, który wciąż nie dorósł do poziomu Champions League, dopełniają ten smutny obraz.
Milczenie Oaktree
Trudno winić Cristiana Chivu (czy wcześniej Inzaghiego) za to, że nie dostaje do rąk narzędzi niezbędnych do walki na najwyższym froncie. Inter od dawna desperacko potrzebuje defensywnego pomocnika z prawdziwego zdarzenia oraz solidnego zmiennika dla Dumfriesa. Bez tych wzmocnień każda próba rywalizacji z gigantami kończy się tak, jak wczoraj – brakiem tchu w decydującym momencie.
Problem tkwi jednak wyżej – w gabinetach właścicielskich. Fundusz Oaktree nie jest typowym właścicielem piłkarskim, napędzanym pasją i chęcią budowania sportowej dynastii. To fundusz inwestycyjny, którego priorytetem jest redukcja ryzyka, optymalizacja finansowa i docelowa sprzedaż aktywów z zyskiem. Strategia „autofinansowania” jest bezpieczna dla tabel w Excelu, ale stanowi szklany sufit dla ambicji sportowych klubu.
Potencjał uwięziony w finansach
Gdyby Inter dysponował budżetem na poziomie prawdziwej europejskiej potęgi – rzędu 100-150 milionów euro zainwestowanych w punktowe wzmocnienia (klasowy napastnik, filar defensywy, dominujący wahadłowy) – ta drużyna nie tylko „dobrze by się prezentowała”, ale mogłaby realnie bić się o puchar Ligi Mistrzów.
Zamiast szukać kozłów ofiarnych wśród piłkarzy, musimy spojrzeć prawdzie w oczy: Inter jest o dwa, trzy transfery od szczytu, ale droga do nich jest zablokowana przez politykę finansową właścicieli. Porażka z Arsenalem nie była brakiem serca do walki. Była brakiem „siły ognia”, której nie da się wypracować na treningu, a którą trzeba kupić na rynku. Dopóki Oaktree nie zmieni kursu z czystej finansjery na sportową odwagę, Inter pozostanie jedynie ambitnym pretendentem, któremu w kluczowych momentach zawsze czegoś zabraknie.
Komentarze (3)
patrząc na to jakie sytuacje zmarnowaliśmy....
to nie do końca się zgodzę.