Są w życiu kibica Interu takie momenty, w których znasz scenariusz wydarzeń na długo przed tym, zanim się urzeczywistnią. Kiedy powietrze wokół klubu nieco gęstnieje, a kolejne plotki i doniesienia tylko podbijają to wrażenie.
Przenośnie znaczenie określenia „stajni Augiasza” dotyczy sytuacji tak daleko idącego zaniedbania, że rozwiązanie wymaga wręcz nadludzkiego wysiłku i samo rozpoczęcie prac jest kłopotliwe. Trudno zadecydować od czego zacząć, bo pracy jest tak wiele, a tradycyjne metody i podejście mogą nie wystarczyć.
Ten związek frazeologiczny pochodzi z mitologii greckiej, opowiadającej historię króla Augiasza oraz jego niestaranności i zwłoce. Ani sam Augiasz, ani nikt z jego pracowników, nie kwapił się do sprzątania stajni i zagród.
Tutaj właśnie pojawia się tytułowe skojarzenie i podobieństwo do tego, co obecnie, w mojej ocenie, widzimy w Interze. Jednak w tej historii równie ważne, jak same porządki, jest to, co działo się wcześniej.
Ostatnie lata dla Nerazzurrich były bardzo przychylne (choć pozostawiły również uczucie ogromnego niedosytu) - dwa finały Ligi Mistrzów w ciągu trzech sezonów, 20. mistrzostwo Włoch, liczne sukcesy w krajowych pucharach. Pozornie wszystko się zgadzało, działacze klubu mieli podkładkę, aby na konferencjach prasowych karmić dziennikarzy i kibiców zapewnieniami o rozwoju klubu, konkurencyjnym zespole, a komentatorzy meczowi przy każdej okazji powtarzali mit o niesłychanie silnej ławce Interu.
Można sobie zatem wyobrazić, że jako dyrektor sportowy można było ulec pewnemu rozleniwieniu, fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa i właściwego kierunku.
Jeśli jednak przyjrzymy się pewnym ruchom (a częściej - ich braku), to dostrzeżemy, że w stajni Ausiliasza regularnie zbierał się brud, którego nikt nie kwapił się posprzątać. Warstwa po warstwie, okno transferowe po oknie transferowym, doszliśmy do momentu, w którym nie można dalej odkładać transferów na później, powołując się na kolejne trudne okoliczności ekonomiczne, konkurencyjny zespół czy wiecznie czekając na kolejną okazję na rynku.
Najlepiej to widać na przykładzie środka obrony. Bremer, Buongiorno, Calafiori, Leoni, Mosquera - to tylko kilka nazwisk, przy których tak regularnie czytaliśmy o „monitorowaniu sytuacji” przez Inter. Zamiast zdecydowanych ruchów, mieliśmy natomiast alternatywy, a zamiast decyzji - kolejne opcje. Nawet jeśli niektóre z nich brzmiały rozsądnie i miały swoje uzasadnienie, to razem tworzyły obraz, z którym ciężko się pogodzić. Jak w stajni Augiasza, tak i tutaj nikt zapewne nie wstawał rano z myślą „dziś doprowadzimy do katastrofy”, a każdy kolejny dzień był po prostu kolejnym dniem bez wyraźnej decyzji, kolejnym dniem odkładania na później. W Interze co chwilę słychać o „zawodnikach, którzy mogą odejść”, a jednak wciąż są trzymani w kadrze. Transfery „są blisko finalizacji”, ale przeciągają się tygodniami, nierzadko rozpadając się na ostatniej prostej. Pozornie - cały czas jesteśmy w ruchu, jednak faktycznie niewiele się zmienia.
Od dyrektora sportowego na tym poziomie oczekuje się inicjatywy, umiejętności planowania, wyprzedzania zdarzeń lub przynamniej bycia na nie przygotowanym. Tymczasem, Piero Ausilio częściej sprawia wrażenie zaskoczonego. Regularnie czytamy, że „rynek jest wymagający”, że „musimy poczekać na okazje”, że „rynek coś przyniesie”. Uznaliśmy, że jest to wpisane w rzeczywistość klubu, coś, z czym da się długofalowo funkcjonować, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że ten próg został przesunięty znacznie za daleko.
Odejście Skriniara było jednym z tych momentów, które powinny zapalić wszystkie możliwe lampki ostrzegawcze. Nie dlatego, że Inter nie był w stanie znaleźć zastępstwa. Dlatego, że był to sygnał systemowy - przykład sytuacji, w której klub nie tyle przegrał walkę o zawodnika, co pozwolił, by sprawy zaszły za daleko bez reakcji. I choć później podejmowano próby łatania tej luki, to trudno oprzeć się wrażeniu, że były to działania spóźnione, reaktywne, a nie zaplanowane. Nie takiej postawy oczekuje się, od dyrektora i menadżerów na najwyższych stanowiskach, w klubie, który często powtarza jak wysokie ma ambicje.
Podobnych przykładów jest więcej. Kadra, która na papierze wygląda szeroko, w praktyce okazuje się nierówna jakościowo. Zawodnicy „na sprzedaż” zostają, bo nie pojawia się oferta pokrywająca obciążenie kapitałowe. Słowem - mamy w kadrze wielu zawodników, którzy zostali zwyczajnie przepłaceni. Ci, którzy mają być przyszłością, trafiają do klubu z opóźnieniem lub... w ogóle. A wszystko to składa się na obraz drużyny, która wciąż jest silna - ale coraz częściej balansuje na granicy własnych ograniczeń.
I tutaj pojawia się największy problem.
Bo dopóki wyniki się zgadzają, dopóty łatwo jest ignorować symptomy. Dopóki Inter walczy o najwyższe cele, dopóty można tłumaczyć brak decyzji „rozsądnym zarządzaniem”. Dopóki trofea trafiają do gabloty, dopóty nikt nie będzie głośno mówił o tym, że fundamenty wymagają wzmocnienia.
To jest właśnie ten moment, w którym stajnia Augiasza osiąga swój punkt krytyczny - nie wtedy, gdy brud jest największy, ale wtedy, gdy wszyscy przyzwyczaili się do jego obecności.
Zbliżamy się do okna transferowego, które będzie wymagało od nas nadludzkiego wysiłku i wzmożonej pracy, właśnie dlatego, że przez ostatnie lata doszło w tej sferze do ogromnych zaniechań i zaniedbań. W Interze coraz częściej można odnieść wrażenie, że funkcjonowanie „od okazji do okazji” stało się strategią samą w sobie. Że brak zdecydowania został zastąpiony elastycznością, a odkładanie decyzji - cierpliwością. Tyle że w pewnym momencie te pojęcia przestają być synonimami. Cierpliwość bez planu nie jest strategią.
W efekcie zbliżamy się do momentu, który każdy wymagający kibic Interu był i jest w stanie przewidzieć. Jeśli klub chce realizować ambicje, o których często zapewnia, nie wystarczy już reagować na to, co przynosi rynek. Nie wystarczy liczyć na kolejną okazję, kolejny „sprytny” transfer, który załata bieżące braki.
Bo to nie są już pojedyncze braki, a kadra, której termin ważności zdaje się zbliżać ogromnymi krokami i która wymaga gruntowego przemodelowania, tchnięcia w ten zespół nowego ducha.
I właśnie dlatego historia Augiasza pozostaje tak aktualna. Nie dlatego, że mówi o sprzątaniu. Dlatego, że pokazuje moment tuż przed nim - moment, w którym wszystko już jest gotowe na zmianę, tylko nikt jeszcze nie podjął decyzji, żeby ją przeprowadzić. Inter jest dziś dokładnie w tym miejscu. W miejscu, w którym kolejne półśrodki przestają wystarczać. W którym kolejne „opcje” nie rozwiązują problemu. W którym dalsze odkładanie decyzji tylko pogłębia chaos, zamiast go kontrolować.
Być może najważniejszym pytaniem, przed którym stoi obecnie klub to nie „kogo sprowadzić”, ale „kto podejmie decyzję, aby w końcu przestać funkcjonować w ten sposób”? Reaktywny, niezaplanowany, bez organizacji pozwalającej realizować wybraną strategię w jak najlepszy dla klubu sposób.
Bo stajnia Ausiliasza nie potrzebuje kolejnej listy nazwisk.
Potrzebuje kogoś, kto spojrzy na całość i uzna, że nie da się jej uporządkować metodami, które stosowano do tej pory. Kogoś, kto nie będzie próbował sprzątać szybciej, tylko odważy się zrobić to inaczej.
Komentarze (4)
Kto miałby być naszym Herkulesem?