Lautaro Martínez udzielił bardzo długiego wywiadu dla La Gazzetty dello Sport. Argentyńczyk mówił o swoich początkach, rodzinie, grze w Interze, a także swojej przyszłości. Poniżej treść całej rozmowy.
Jaki prezent sobie zrobiłeś na zdobycie podwójnej korony?
- Nic szczególnego. Kolejnym prezentem jest następny cel do osiągnięcia.
W takim razie jest to drugie Mistrzostwa Świata...
- Byłoby wspaniale. Przygotowywałem się i chcę osiągnąć swój szczyt formy.
A może otrzymałeś od kogoś prezent?
- Mój tata i mama. Prezentem było ich przybycie na czas, aby wziąć udział w celebracjach. Niestety nie będzie ich w Stanach Zjednoczonych, ponieważ muszą pracować.
Najpiękniejsza wiadomość jaką otrzymałeś?
- Od mojej babci, która nie czuje się dobrze. Wzruszyła mnie. Kiedy byłem mały sprzątała szkołę, do której chodziłem. Po lekcjach jej pomagałem, aby szybciej mogła wrócić do domu. Nazywa się Olga i jest wytatuowana na moim ramieniu. Żałuję, że jesteśmy teraz bardzo daleko od siebie. Ten dublet dedykuję jej.
Nie dorastałeś w zamożnej rodzinie. Jak wyglądało twoje dzieciństwo?
- Już wyjaśniam. Mój ojciec był piłkarzem. Kiedy został zawodowcem i awansował do drugiej ligi, rzucił pracę mechanika lotniczego w bazie marynarki wojennej w Bahia Blanca. A ponieważ jego drużyna spadła z ligi, nie było wystarczająco pieniędzy, by utrzymać rodzinę. Został pielęgniarzem dla osób starszych, a moja mama zaczęła zarabiać trochę grosza jako pomoc domowa. Ale było nas troje rodzeństwa i pieniędzy w domu nigdy nie wystarczało.
Brakowało jedzenia?
- Nie do końca. Z braćmi bawiliśmy się w to, kto zje więcej. Ale pamiętam uczucie głodu, czekając na kolację. Poza tym nie mogliśmy opłacić czynszu. I tak przez prawie trzy lata mieszkaliśmy u znajomego: płaciliśmy tylko 100 peso od czasu do czasu za prąd.
Co pozostało w tobie z tamtego okresu?
- Kiedy o tym myślę, uśmiecham się. Byłem szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Chciałbym ponownie doświadczyć tych uczuć, które ukształtowały mnie jako człowieka. Dzięki moim rodzicom nauczyłem się pokory i szacunku, które teraz przekazuję moim dzieciom.
Kiedy piłka pojawiła się w twoim życiu?
- Była w nim od zawsze, dzięki mojemu ojcu. Chodziłem na jego treningi, a w dniu meczu chowałem się w szatni, żeby podsłuchiwać przemowy kapitana, którym był właśnie on, mój tata.
Kiedy zdałeś sobie sprawę, że jesteś na tyle dobry, aby z tego żyć?
- Trudno mi powiedzieć. W wieku 13 lat grałem też w koszykówkę, bo w Bahia Blanca to popularny sport: mój brat Jano jest rozgrywającym w drużynie Ferro Carril w Serie A. W wieku 15 lat trafiłem jednak do Racingu i ojciec poprosił mnie, żebym dokonał wyboru. Nie było jednak zbyt wiele do zastanowienia – bardziej pasowała mi piłka nożna.
Avellaneda, czyli Buenos Aires nie jest tak blisko...
- Rzeczywiście, przeprowadzka 600 kilometrów od domu nie była łatwa. Odczuwałem tęsknotę. Trudno jest, gdy jest się nastolatkiem i nie ma się przy sobie nikogo bliskiego. Co więcej, mój starszy brat, Alan, miał pewne problemy zdrowotne i nie czułem się spokojny. Na szczęście to mój ojciec dodał mi sił: zależało mu, żebym spełnił swoje marzenie, a także jego, czyli przebił się w piłce. Byłby nawet gotów pojechać za mną do Buenos Aires, ale powiedziałem mu, że dam sobie radę sam. I faktycznie dałem radę.
Teraz Inter to twój dom. Czy zakończysz tu karierę?
- Z pewnością bym chciał. Nie mam jeszcze kluczy do Appiano, ale już chyba niedługo... Z rodziną jesteśmy szczęśliwi, mamy też restaurację, dzieci chodzą do szkoły i mają swoich przyjaciół. Dzisiaj trudno mi wyobrazić sobie, że jestem gdzieś indziej. W piłce nigdy nic nie wiadomo, ale jeśli mnie nie wyrzucą, zostanę tutaj.
Czy zależy ci na rekordach strzeleckich?
- Powiem szczerze: nawet nie wiem, ile bramek strzeliłem. Wiem, że jestem trzeci w klasyfikacji wszech czasów Interu i tyle. Nie jest to coś, na co zwracam zbytnią uwagę.
Jeśli tak dalej pójdzie, to może wyprzedzić legendę wszech czasów, Giuseppe Meazzę...
- Byłoby wspaniale, bo Meazza to historia – zarówno Interu, jak i Mediolanu. Mógłbym to osiągnąć, ale muszę znowu zacząć strzelać rzuty karne (śmiech, dop. red.).
Jak zostaje się kapitanem drużyny?
- To coś, co masz w sobie. Tego się nie trenuje. Musisz mieć osobowość, cechy przywódcze. I musisz być przykładem. Jednak kapitan jest niczym bez grupy. Mogę powiedzieć, że w Interze mamy fantastyczną drużynę, ponieważ wszyscy mają mentalność zwycięzców.
Mourinho twierdzi, że nikt z obecnej kadry nie grałby w jego składzie z czasów Tripletty.
- Każdy ma swoje zdanie. Moim zdaniem nie ma sensu porównywać piłkarzy z różnych epok. Najważniejsze jest, by myśleć o dobru Interu i nie zwracać zbytniej uwagi na plotki. Trzeba żyć teraźniejszością, a to naprawdę wiele znaczy. Bardzo wiele.
Czy obecny Lautaro jest najlepszym Lautaro w historii?
- Z pewnością, ponieważ czuję się bardzo szczęśliwy i pewny siebie, kiedy gram. Poruszam się z wielką swobodą, również na poziomie taktycznym. Wcześniej tak nie było.
To zasługa twojego psychologa?
- Tak. Miałem wiele problemów osobistych, zwłaszcza poza boiskiem, zanim urodziła się moja córka. Terapia mi pomogła, na przykład w radzeniu sobie w momentach, kiedy nie strzelałem goli. Czasami wątpiłem w siebie, czy nadal jestem w stanie grać w piłkę, czy zasługuję na to, by być numerem 10 w Interze. Pomyślcie, do czego może dojść ludzki umysł. Wtedy zrozumiałem, że potrzebuję wsparcia, bo wpadłem w czarną dziurę. Nawet dzisiaj nadal jestem pod opieką klubowego psychologa. Wspierał mnie przez 46 dni kontuzji, które nie były łatwe.
Czy po zeszłorocznym finale Ligi Mistrzów obawiałeś się kolejnego kryzysu?
- Po finale nie, ale po Klubowych Mistrzostwach Świata już tak. Myślałem o wielu rzeczach, bardzo cierpiałem. Nie twierdzę, że prosiłem o odejście, ale w głębi duszy czułem, że gdyby pojawiła się poważna oferta, to może... Byłem załamany. Z tego powodu zrodził się wywiad po odpadnięciu z Fluminense. Wyszedłem, włożyłem koszulkę i powiedziałem to, co myślałem.
To słynne już "Kto nie chce zostać, niech odejdzie"...
- Chciałem podzielić się tym, co widziałem w szatni. Jako kapitan czułem się do tego zobowiązany. Potem pojechałem na wakacje i przez trzy tygodnie nie trenowałem, tylko jadłem. W rzeczywistości po powrocie ważyłem trochę więcej...
Czy bez tego wybuchu Inter by się odrodził?
- Nie wiem. Ale to, że wypowiedziałem się publicznie, wywołało spore poruszenie. Byłem jednak zły również na siebie, bo sam nie byłem bez winy. Potem Chivu pomógł nam, wnosząc powiew świeżości. Nie umniejszając oczywiście zasług Simone, który zapewnił nam cztery wspaniałe lata...
Co pomyślałeś, gdy dowiedziałeś się, że Chivu zostanie nowym trenerem?
- Od razu do niego zadzwoniłem. Nie miałem wątpliwości, że poradzi sobie świetnie. Znałem go z meczów, które rozgrywaliśmy w Appiano przeciwko jego drużynie Primavery: wydawał się być stworzony do tej roli.
Jedyną plamą pozostaje odpadnięcie z Bodo. Czy lepiej było wtedy odpaść, aby skupić się na rozgrywkach krajowych?
- Nie, bo chciałem awansować dalej w europejskich pucharach. To nie była zaleta. Może grając mniej, ma się więcej energii, ale jeśli walczy się na wszystkich frontach, zawsze ma się odpowiednie nastawienie do meczów.
ThuLa wydaje się bardziej skuteczna niż kiedykolwiek...
- Marcus i ja powoli się zrozumieliśmy. To pogodny, wyjątkowy chłopak. Ja jestem tym poważnym. Uzupełniamy się, również pod względem charakteru.
Kto jest najlepszym napastnikiem na świecie?
- Harry Kane. Stawiam go nawet przed Haalandem ze względu na to, jak kontroluje piłkę, jak łączy i czyta grę, za jego strzały głową. Fenomen.
Jak chciałbyś być zapamiętany za 10 albo 20 lat?
- Jako osobę, która zawsze dawała z siebie wszystko.
A co będziesz robił na emeryturze?
- Nie zostanę w piłce nożnej, bo to środowisko, które mi nie odpowiada. Nie usłyszycie już o mnie: zniknę.
Komentarze (7)
Mocne słowa ze strony Mou, ale faktycznie ciężko by mieli chłopaki, chyba tylko Bastoni miałby miejsce w pierwszej 11.