Legendarny były pomocnik i kapitan Nerazzurrich Sandro Mazzola zmarł w wieku 83 lat. Poniżej komunikat klubu:
"FC Internazionale Milano, jego prezes Giuseppe Marotta, wiceprezes Javier Zanetti, trener Cristian Chivu wraz ze swoim sztabem, piłkarze oraz cała społeczność Interu z głębokim żalem przyjmują wiadomość o śmierci Sandro Mazzoli, legendy Nerazzurrich i światowego futbolu. Klub składa wyrazy współczucia jego rodzinie."
Chęć wspominania miesza się z powściągliwością. Jak znaleźć właściwe słowa, by pożegnać kogoś, kto naprawdę tworzył historię w sposób niezatarty i bezprecedensowy?
A potem trudno powstrzymać melancholię, która już się pojawiła i z nami pozostanie. Wydaje nam się, że wciąż go widzimy tutaj, między siedzibą klubu a Appiano, wspominającego Puskása, Herrerę, Suáreza i Corso, opowiadającego jedną anegdotę za drugą, które natychmiast przeplatały się z teraźniejszością. Z błyskiem miłości do Interu w oczach, z chęcią rozmowy o Lautaro i naszym Interze, tym dzisiejszym i tym na zawsze.
Sandro Mazzola był jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii. Nie tylko Interu. On sam był historią Interu: trafił do klubu jako chłopiec i już nigdy go nie opuścił. Na jego barkach spoczywał ciężar wspomnienia o ojcu, który wydawał się niezwyciężony. W jego losach dwóch legendarnych Nerazzurrich odegrało ogromną rolę, pomagając mu dorastać i towarzysząc mu w drodze do zapisania własnej karty historii.
Jeden klubowy trykot przez całe życie, jedno marzenie. Marzenie, które musiał budować bez ojca, straconego w katastrofie na Superdze, która pochłonęła drużynę Grande Torino. Alessandro, dla wszystkich Sandro lub Sandrino, miał wtedy sześć lat, pięć miesięcy i 23 dni. Widział zrozpaczonych ludzi, którzy go obejmowali i gładzili po głowie, i zastanawiał się, co się dzieje. Valentino znał jedynie z przekazywanej z pokolenia na pokolenie legendy.
Swoje marzenie zaczął pielęgnować w oratorium San Lorenzo w Mediolanie, w dzielnicy Porta Ticinese, podczas meczów na całym boisku przeciwko Adriano Celentano. Nie był to jedyny interista, który wpłynął na jego rozwój. Byli też Giuseppe Meazza i Benito Lorenzi. Meazza rozwijał go pod względem technicznym, przekazując mu wszystkie sekrety futbolu. Lorenzi pojawił się w domu Sandro w Cassano d’Adda z butami i piłką. W wieku ośmiu lat Mazzola i jego brat byli już właściwie maskotkami Interu: między boiskiem, szatnią i stadionem całkowicie zanurzeni w świecie Nerazzurrich.
Sandro musiał szybko dorosnąć, niejako z konieczności. Pomogły w tym również okoliczności. Urodzony w 1942 roku został niespodziewanie rzucony na głęboką wodę podczas powtórzonego meczu Juventus–Inter 10 czerwca 1961 roku w Turynie. Jeszcze tego samego dnia odpowiadał w szkole, a potem ruszył do stolicy Piemontu, gdzie Moratti i Herrera wystawili drużynę Primavery. Inter przegrał 1:9, ale dla Nerazzurrich trafił szczupły chłopak o znakomitym kontakcie z piłką, Sandro Mazzola. Miał 18 lat.
Dziś powiedzielibyśmy: drugi napastnik. Numer 8 i numer 10 — właśnie te koszulki nosił w Interze. Mezzala czy środkowy napastnik? Herrera potrafił znaleźć dla niego odpowiednią rolę, dzięki czemu Mazzola eksplodował talentem w niezwykłej drużynie Grande Inter.
Potwierdzenie przyszło bardzo szybko, a jego klasę poświadczyły największe legendy światowego futbolu. Prater w Wiedniu, finał Pucharu Europy w 1964 roku.
Przed wyjściem na boisko Suárez musiał wręcz wypchnąć Mazzolę z szatni. Sandro zatrzymał się bowiem, podziwiając swoich idoli stojących przed szatniami: Di Stéfano, Puskása i pozostałych gwiazd Realu Madryt. A potem wyszedł na murawę i strzelił dwa gole. Dublet w finale Pucharu Europy, pierwszy europejski triumf Interu, zwycięstwo bez precedensu przypieczętowane przez Mazzolę i gratulacje od Puskása.
- "Jesteś godzien swojego ojca Valentino" powiedział mu wybitny Węgier, wręczając mu swoją koszulkę.
Historie, które znamy na pamięć, które słyszeliśmy dziesiątki razy, a mimo to nigdy się nimi nie nudziliśmy. Za każdym razem odkrywamy w nich nowy szczegół, opowiadany łagodnym głosem, zawsze pełnym wzruszenia. Było w nim poczucie ogromnego szacunku i wdzięczności wobec Interu "dla mnie jak mama" które klubowi odpłacił niezliczonymi znakomitymi zagraniami, golami i chwilami magii.
Cztery mistrzostwa Włoch, dwa Puchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne, tytuł króla strzelców Serie A w 1965 roku z 17 golami oraz Pucharu Europy z siedmioma trafieniami w 1964 roku. W 1971 roku zajął drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, ustępując Johanowi Cruyffowi.
Grande Inter Angelo Morattiego, Helenio Herrery, Satiego, Burgnicha i Facchettiego. Mazzola pomiędzy pomocą a atakiem, kreślący na boisku trajektorie podań i zdobywający bramki. Europejskie wieczory, popołudnia na Meazza. Gole o ogromnym ciężarze gatunkowym, których nie sposób zapomnieć. Jego trafienie przeciwko Independiente w Pucharze Interkontynentalnym, remontada z Liverpoolem przypieczętowana i świętowana przy dźwiękach When the Saints Go Marching In rozbrzmiewających z głośników San Siro.
Był też gol w derbach po zaledwie 13 sekundach oraz bramka w meczu Inter–Lazio w 1966 roku, która dała klubowi pierwszą gwiazdkę. Aż do 1977 roku. Po drodze mistrzostwo Europy z reprezentacją Włoch, mistrzostwa świata i słynna rywalizacja oraz wymiana ról z Riverą.
17 sezonów, 565 oficjalnych meczów i 158 goli. Więź z Interem, która nigdy się nie skończyła, także po zakończeniu kariery piłkarskiej, gdy został działaczem, a następnie dyrektorem sportowym. Również zza biurka wykazywał się niezwykłą intuicją. Platini i Falcão, których transfery ostatecznie nie doszły do skutku. Zenga, sprowadzony do Mediolanu z Sambenedettese. I przede wszystkim Ronaldo. Fenomeno, który trafił do Interu po naciskach Morattiego i właśnie Mazzoli. Kiedy R9 został zaprezentowany w siedzibie Nerazzurrich, obok niego stali Luis Suárez i Sandro Mazzola.
W ostatnich latach nadal odwiedzał siedzibę Interu. Jako członek klubowej Hall of Fame zawsze opowiadał o wyjątkowej i nierozerwalnej więzi z czarno-niebieskimi barwami. Opowiadał o niej także Lautaro i jego kolegom z drużyny podczas niedawnej wizyty w Appiano Gentile. Tam czuł się jak w domu, wspominając zgrupowania z Herrerą i przywołując kolejne wspaniałe, często zabawne anegdoty.
Miłość kibiców Interu poczuł na własnej skórze również w maju 2024 roku, podczas świętowania drugiej gwiazdki. Wraz z Bedinem i Cappellinim pojawił się wtedy na murawie, by uczcić pierwszą gwiazdkę zdobytą przez Inter 58 lat wcześniej.
Na boisku błyszczał i teraz również błyszcz, jako gwiazda człowieka z charakterystycznym wąsem. Jak często opowiadał, miał jedno, ostatnie życzenie:
- Chciałbym być zapamiętany jako dobry człowiek, który walczy nawet wtedy, gdy zwycięstwo wydaje się niemożliwe, tak jak w tamtym meczu zakończonym 1:9.
Tak właśnie cię zapamiętamy, Sandro.
Komentarze (1)