Yann Bisseck udzielił bardzo długiego wywiadu dla Kickera. Niemiec poruszył bardzo ważne tematy dotyczące swojej kariery oraz swojej przygody z Interem.
Jesteś piłkarzem bardzo wszechstronnym...
- Zdaję sobie sprawę ze swojej wszechstronności. Pewna doza elastyczności taktycznej nigdy nie zaszkodzi. To przynosi korzyści i pozwala mi się rozwijać jako zawodnik. W ciągu ostatniego półtora roku wiele się nauczyłem, zarówno na poziomie osobistym, jak i taktycznym. Z Nagelsmannem pozostaję w stałym kontakcie. Codziennie pracuję nad tym, by stać się jak najlepszym piłkarzem.
To kluczowe w szatni, w relacjach i współżyciu z kolegami z drużyny. W tym sensie jest to bardzo przydatneTwój wzrost mocno ci pomaga?
- Może stanowić pewne zagrożenie przy stałych fragmentach gry. Moim głównym zadaniem jest jednak nie dopuścić do utraty bramki, ale strzelenie jednej od czasu do czasu też nie zaszkodzi.
Mediolan, jakie to miasto?
- Dla piłkarza, ale także dla człowieka, jest to jedno z najpiękniejszych miast, w których można mieszkać. Granie tydzień po tygodniu na San Siro to niesamowicie piękne uczucie. Kibice, bez względu na wszystko, zawsze są po naszej stronie. Wychodzenie na boisko w tym miejscu to zawsze wielka przyjemność.
Czy twoja droga była usłana różami?
- W sporcie pewne wzloty i upadki są niestety częścią gry. Oczywiście wolałbym, żeby droga do sukcesu była bardziej prosta, ale wszystkie te trudne momenty, z tymi wszystkimi kontuzjami, ukształtowały mnie jako piłkarza, którym jestem dzisiaj. Na szczęście, dzięki mojej rodzinie i przyjaciołom, zawsze miałem otoczenie, które mnie wspierało i wzmacniało. Z pewnością ta droga nie była najłatwiejsza, ale z perspektywy czasu przyniosła mi wiele korzyści. Myślę, że obecnie niewiele jest rzeczy, które naprawdę mogą mnie powstrzymać. To wszystko uczyniło mnie znacznie silniejszym psychicznie. To było zaraz po mistrzostwach Europy U-21 w Gruzji i Rumunii. Klub zaproponował mi dłuższy urlop. Ale kiedy trafiasz do nowego środowiska, musisz wykorzystać każdy dzień - zwłaszcza gdy przenosisz się z Danii do światowej klasy klubu, takiego jak Inter. Jako piłkarz, za którego zapłacono „tylko” siedem milionów euro, w cudzysłowie, musisz najpierw udowodnić swoją wartość, żeby nie być traktowanym tylko jako pachołek treningowy wśród tych wszystkich supergwiazd.
Twoje początki w Interze?
- Cóż, ja i Simone Inzaghi naprawdę nie potrafiliśmy się porozumieć, poza kilkoma słowami po francusku. Miałem wrażenie, że nie bardzo wiedział, co ze mną zrobić. Na początku było to nawet zabawne, ale z drugiej strony także niełatwe. Bo jeśli jesteś obrońcą i nie potrafisz porozumieć się z kolegami z drużyny, robi się to trudne.
Musiałeś się więc szybko nauczyć włoskiego?
- Dokładnie. Ogólnie rzecz biorąc, nowe języki zawsze mnie fascynują. Gdybym się nie zaangażował, prawdopodobnie musiałbym czekać jeszcze dłużej na grę, dłużej niż to już miało miejsce. Siadałem w barach i starałem się zamawiać wszystko po włosku. Po prostu starałem się chłonąć życie, ludzi, sposób nawiązywania relacji. To świetnie zadziałało. Teraz mówię po włosku praktycznie płynnie.
Mówisz więc po niemiecku, angielsku, włosku, a nawet po francusku. W jaki sposób to pomaga?
- To kluczowe w szatni i w relacjach z kolegami z drużyny. W tym sensie jest to bardzo przydatne.
Czy czujesz, że jako piłkarz jesteś we właściwym miejscu?
- Absolutnie. Sprawy osobiste, gdy w grę wchodzi sukces drużyny, są całkowicie nie na miejscu i szkodliwe. W zeszłym sezonie z Interem pokazaliśmy, jak naprawdę działa się jako grupa, dochodząc aż do finału Ligi Mistrzów. Nikt nigdy nie uważał się za ważniejszego od drużyny. Zwycięstwo lub awans muszą zawsze być na pierwszym miejscu. Należę do niezwykłej drużyny — a jej częścią są również zawodnicy wchodzący z ławki, którzy są równie ważni. Każdy, niezależnie od roli, przyczynia się do osiągnięcia celów drużyny.
Liga Mistrzów już się dla was zakończyła...
- To oczywiście bardzo rozczarowujące z punktu widzenia naszych celów jako Interu, że odpadliśmy z Ligi Mistrzów na tak wczesnym etapie. Widać, że inne drużyny też miały problemy z Norwegami, ale oczywiście to nie może być wymówka. Bodø/Glimt radzi sobie naprawdę bardzo dobrze, są bardzo zgrani, a nam niestety nie udało się pokazać na boisku naszej klasy. To naprawdę bardzo gorzki smak, że nie ma nas już w tych rozgrywkach.
W lidze jednak sytuacja wygląda znacznie lepiej. Przewaga nieco się zmniejszyła, ale nadal jest komfortowa. Czy dowieziecie Scudetto?
- Jeszcze nic nie jest przesądzone, ale jesteśmy pełni nadziei: w Serie A idzie nam dobrze. Zrobimy wszystko, aby bronić tej przewagi do samego końca.
Kiedy grasz, Inter ma zdecydowanie lepszą średnią punktową niż wtedy, gdy nie występujesz. Z tobą w składzie tracicie także mniej bramek. Również z tego powodu często przymierza się ciebie do innych wielkich europejskich klubów. Podobno niektóre drużyny z Bundesligi już zapukały do twoich drzwi, a nawet Bayern Monachium ma na ciebie oko. Jakie są twoje marzenia?
- W Interze spełniam swoje marzenie. To właśnie ten klub, który najbardziej ukształtował mnie jako piłkarza jakim jestem dzisiaj. I jestem za to mu naprawdę wdzięczny. Bronię tych barw, czerni i błękitu, zarówno na boisku, jak i poza nim. Wszystko inne to część biznesu, ale nie jest to coś, co mi zaprząta głowę. Jestem szczęśliwy tutaj, w Mediolanie, i to jest dokładnie to miejsce, w którym powinienem być.
Komentarze (2)